Amanda
Link
19.12.2011 :: 17:53
Komentuj (7)Będzie nie na temat, lecz czuję przemożną potrzebę pochwalenia się (nawet jeśli już nikt tu nie zagląda). Otóż wysłałam poniższy tekst na konkurs i zajął on pierwsze miejsce, co jest bardzo przyjemną okolicznością. Od razu mi samoocena podskoczyła. No, ale. Enjoy.
Siedziała lekko zgarbiona na wielkiej walizce tuż przy białej linii, za którą przebywanie uznawane było za niebezpieczne. Tkwiła w bezruchu już co najmniej godzinę – Filemon wiedział to, bo właśnie tyle już spóźniał się jego pociąg. Wyróżniała się w tłumie; wyglądała jak żywcem wyjęta z innej epoki. Miała blond włosy stylizowane na Marilyn Monroe, ładny profil i delikatne ramiona. Ubrana była w białą, rozkloszowaną sukienkę bez rękawów, na nogach miała dopasowane kolorystycznie buty na niskim obcasie. Walizka, na której siedziała, przywodziła na myśl stare kufry.
Oderwał na chwilę wzrok od intrygującej postaci i spojrzał na zegar – dochodziła dwudziesta pierwsza. Na peron wtoczył się ciężko jakiś międzymiastowy; ubrana na biało kobieta spokojnie wysłuchała płynącej z głośników, niemal niezrozumiałej informacji. Wstała, podniosła swój ogromny kufer, jakby nic nie ważył i ruszyła ku jednemu z wagonów. Filemon, nie myśląc zbyt długo, w ekspresowym tempie pozbierał swoje rzeczy i wskoczył do tego samego wagonu. Nie miał biletu na ten pociąg, nie wiedział nawet, co to za pociąg, bo nie słuchał informacji. Na moment odzyskał zdolność racjonalnego myślenia, jednak już było za późno – pociąg ruszał. Filemon rozejrzał się; biała sukienka znikała właśnie w przejściu do kolejnego wagonu. Nie mając lepszego pomysłu, poszedł za nią. Skręciła do jednego z przedziałów, wciągając za sobą kufer bez żadnego wysiłku. Filemon stracił na chwilę rozpęd. Zatrzymał się, oparł o ścianę.
- No i co teraz? - spytał sam siebie, obserwując uciekające za oknem światła.
- Po prostu wejdź tam i spytaj, czy możesz się dosiąść, nic prostszego – podpowiedziała mu okienna klamka.
- No co ty... Uzna mnie za jakiegoś bandytę – odparł.
- A może na to właśnie liczy – przekonywała klamka.
Filemon zmarszczył brwi i wymamrotał:
- Gadam z cholerną klamką...
- Tylko nie cholerną! - oburzyła się klamka.
- Za mało snu, za dużo nauki... Jestem przemęczony – stwierdził ponuro, nie poświęcając klamce więcej uwagi. Przetarł podkrążone, zmęczone oczy i spojrzał ku drzwiom przedziału. Myśl, że pewnie i tak więcej tej kobiety nie zobaczy, dodała mu odwagi. Szarpnięciem otworzył drzwi i zajrzał.
- Przepraszam... - zaczął, lecz głos uwiązł mu w gardle. Patrzyła na niego para pięknych, ciemnych oczu.
- Tak, tu jest wolne. - Zlitowała się nad nim, gdy wciąż nie mógł wydobyć z siebie ani słowa. Głos miała przyjemny, ciepły, a mówiła z dziwnym akcentem, którego Filemon nie rozpoznawał.
Oprzytomniał i wtłoczył się do przedziału wraz ze swoimi bagażami. Nie opuszczała go myśl, że jest strasznie niezgrabny i nie pasuje zupełnie do jej świata – promieniowała spokojem, pewnością siebie i oszałamiającym urokiem.
- Jestem Filemon – powiedział, gdy już ułożył swoje rzeczy na półce i wyciągnął ku niej dłoń.
- Amanda – odparła, odpowiadając tym samym gestem. Jej skóra była chłodna, a dotyk przejmował dziwnym dreszczem.
- W nocnych pociągach można spotkać różnych ludzi – zaczął, nie chcąc, by zatopiła swoje piękne oczy w jakiejś książce lub by zasnęła, jak to często czynią ludzie w pociągach; chciał przez chwilę należeć do jej świata. - Nie boi się pani, Amando?
- Nie. Umiem sobie poradzić – stwierdziła, a on uwierzył jej bez zastrzeżeń. Gdyby poinformowała go, że według niej jest płetwalem błękitnym, to tak właśnie zacząłby się podpisywać w dokumentach.
Nie wiedział, co jeszcze mógłby powiedzieć. Zdawał sobie sprawę, że właśnie wychodzi na człowieka nudnego – i nie mógł nic na to poradzić. W głowie miał pustkę, wszystkie błyskotliwe pomysły i stwierdzenia, które zazwyczaj pojawiały się tam znikąd kiedy tylko były potrzebne, uleciały.
Siedział i tonął w ciemnościach jej oczu, w których, jak zauważył, nie odbijały się żadne światła. To były niezaprzeczalnie piękne oczy, lecz było w nich coś nienaturalnego. Ten brak refleksów świetlnych czynił je w jakiś potworny sposób martwymi, a równocześnie były wystarczająco żywe, by miał wrażenie, że widzą każdy zakamarek jego duszy.
Nagle zaczął szczerze żałować, że wsiadł do tego pociągu, do tego wagonu, do tego przedziału. Instynkt podpowiadał mu, że znalazł się w niebezpieczeństwie.
- Dokąd pani jedzie? - spytał, starając się, by głos mu nie zadrżał. Nie udało się.
- Mam spotkanie z przyjaciółmi w górach – odpowiedziała pogodnie. - Organizujemy je co jakiś czas. A pan?
- Wracam do domu... Na wakacje.
- Ach... Student? Co też pan studiuje?
- Filologię polską – odpowiedział krótko, bo z każdą chwilą zimne szpony paniki wbijały się coraz głębiej w jego mózg, a ciemne oczy zdawały się kpić z jego strachu.
- To bardzo pięknie. Mnie zawsze pociągał romantyzm... Na przykład Pani Twardowska... Albo, co jeszcze lepsze, Przygotowanie w Kordianie... Pan zna, oczywiście?
- Oczywiście – przytaknął pospiesznie Filemon, czując, jak wzdłuż kręgosłupa ścieka mu powoli kropla lodowatego potu. Jego złośliwa wyobraźnia, nakarmiona podanymi tytułami i nocną atmosferą, podsuwała mu coraz dziwniejsze myśli.
Amanda odwróciła wreszcie od niego ciemne oczy, dzięki czemu poczuł się niewypowiedzianie lepiej. Zaczęła szukać czegoś w eleganckiej, niewielkiej torebce, a Filemon zdołał przekonać samego siebie, że jego panika jest czymś całkowicie nieuzasadnionym. Patrzył, jak wyjmuje z torebki ogromne, czerwone jabłko.
- Chciałby pan jabłko? - spytała życzliwie, spoglądając spod długich rzęs.
- Chętnie, dziękuję – uśmiechnął się i wziął od niej owoc.
Znów sięgnęła do torebki i wydobyła drugie, identyczne. Zdążył już ugryźć kawałek, lecz widząc to, znieruchomiał. Jedno jeszcze mogło się zmieścić w tej torebce, ale dwa? Nigdy w życiu! To jednak nie było wszystko – Amanda położyła sobie jabłko na kolanach i wyciągnęła z torebki grubą książkę, która po prostu nie miała prawa znajdować się w środku. Filemon obserwował to z przerażeniem, a kawałek jabłka rósł mu w ustach. Najchętniej by go wypluł, ale wiedział, że nie może.
Wtedy drzwi przedziału się otworzyły i wszedł konduktor.
- Bilety do kontroli – powiedział znudzonym głosem.
Filemon zaczął się pocić ze zdwojoną energią; jeszcze nigdy nie jechał bez biletu. Amanda z anielskim uśmiechem podała swój bilet, a gdy konduktor odwrócił się do spanikowanego Filemona, powiedziała spokojnie:
- O ile się nie mylę, pański bilet jest w wewnętrznej kieszeni kurtki, nie ma pan potrzeby się denerwować.
Owszem, miał tam bilet, ale na inny pociąg! Poza tym, skąd ona mogła to wiedzieć...? Mimo wszystko sięgnął do wskazanej kieszeni i wyjął kartonik. Bez patrzenia podał go konduktorowi, który podejrzliwie sprawdził, co też jest na nim napisane, po czym z pewnym zdziwieniem podbił go i oddał nie mniej zdziwionemu Filemonowi. Zdezorientowany student odebrał bilet i przyjrzał mu się równie uważnie; wyraźnie była na nim inna miejscowość niż pierwotnie. Stłumiwszy okrzyk, przeczekał, aż konduktor odmaszeruje i podniósł na Amandę wzrok zaszczutego zwierzęcia. Ona przyglądała mu się z lekko kpiącym uśmiechem.
- Kim pani jest? - spytał, w czym nieco przeszkodził mu zapomniany, na wpół przeżuty kawałek jabłka.
- Aktualnie jestem bezrobotna – odparła obojętnie.
Instynkt samozachowawczy nakazywał Filemonowi uciekać natychmiast. Zerwał się i szarpnął za drzwi przedziału, lecz te ani drgnęły. Spróbował jeszcze kilka razy, coraz bardziej desperacko ciągnąc za uchwyt, a Amanda patrzyła na niego, nieporuszona.
- Niech pan siada, Filemonie – zaproponowała pogodnie, gryząc swoje jabłko. - Ach, wie pan, już nie mogę się doczekać tego spotkania w górach. Będą ogniska, tańce, śpiewy... Pan wie, o czym mówię?
Filemon wiedział. Bezwładnie osunął się na siedzenie, apatycznie przełykając jabłko.
- A wracając do pańskiego poprzedniego pytania... Pan się nie boi jeździć nocnymi pociągami? W końcu nie tylko samotne kobiety może spotkać coś przykrego.
- Czy mnie właśnie spotyka? - spytał właściwie bezgłośnie.
- Wszystko zależy od tego, jak pan na to spojrzy, Filemonie.
- Kim pani jest...?
- Wydaje mi się, że już pan o to pytał – przypomniała najsłodszym z możliwych tonów.
Nagle rozległ się dziwny dźwięk, przypominający drapanie. Zdawał się dochodzić z kufra Amandy.
- Prawda, zapomniałam zupełnie! - wykrzyknęła i uchyliła wieko kufra. Filemon nie był pewien, czy chce znać źródło dziwnego dźwięku, lecz nie potrafił oderwać wzroku od szpary. Wyślizgnął się przez nią czarny, ogromny kot. Wskoczył zwinnie na kolana kobiety, ułożył się na nich wygodnie i obrócił głowę ku Filemonowi. Oczy miał jadowicie żółte, przecięte czarnymi jak smoła źrenicami. I one również nie odbijały światła. Kot przez chwilę wpatrywał się nieruchomo w Filemona; poruszył kilkakrotnie wąsami, a w końcu wyszczerzył drobne, ostre zęby i syknął. Biedny Filemon aż podskoczył ze strachu.
Stwierdziwszy, że to aż za bardzo przekracza granicę jego wytrzymałości psychicznej, Filemon ponownie zerwał się i dopadł do drzwi. Zaczął szarpać za uchwyt, lecz bezskutecznie. Po chwili usłyszał za sobą cichy śmiech Amandy, a drzwi niespodziewanie otworzyły się pod kolejnym szarpnięciem. Zaskoczony Filemon wpadł na siedzenie, ale szybko pozbierał się i wybiegł na korytarz, zapominając zupełnie o bagażach. Przebiegł do sąsiedniego wagonu (chciał być jak najdalej od tej dziwnej kobiety) i otworzył pierwsze z brzegu drzwi przedziału. Wpadł do niego i zdyszanym z przerażenia głosem zaczął coś mówić; nagle jednak zorientował się, że wewnątrz spokojnie siedzi Amanda, a na jej kolanach leży zwinięty kot. Filemon wrzasnął i pobiegł do następnego przedziału – tutaj też zobaczył swoją nową znajomą. Do następnych kilku przedziałów jedynie zajrzał przez szybę. Zdesperowany, otworzył drzwi od toalety.
Za nimi zobaczył zwykły przedział, Amandę i kota. Bezsilnie opadł na podłogę, dysząc ciężko.
- Po co ta histeria, panie Filemonie? - spytała kobieta, głaszcząc kota.
- Co tu się dzieje? Kim pani jest? - wyszeptał, nie licząc, że ona to usłyszy. Usłyszała.
- Jest mi pan potrzebny. Gdyby spojrzał pan na to z odpowiedniej perspektywy...
- Do czego jestem pani potrzebny? - zapytał apatycznie, podnosząc się z podłogi i rzucając się ciężko na siedzenie.
- Jest pan młody, rozumny, a na dodatek jest w panu tyle emocji... To mi się bardzo przyda na naszym spotkaniu. Nie mogę przecież przyjść z pustymi rękami – wyjaśniła tonem, którym tłumaczy się dziecku, dlaczego nie powinno odkręcać gazu w kuchence.
- Chce mnie pani złożyć... w ofierze?
- Skoro tak pan chce to ująć...
Filemon przez chwilę wpatrywał się w nią w osłupieniu.
Po czym błyskawicznie zerwał ze ściany młoteczek i rozbił szybę. Do przedziału wpadło chłodne, nocne powietrze. Na zewnątrz przemykały pola lub łąki – Filemon nie wiedział dokładnie, lecz teren wyglądał na równy i względnie miękki. Miękki tym bardziej, że niedawno padało, więc może trafi na jakieś błoto. Nie myśląc dłużej, wspiął się na siedzenie, oparł kolana na ramie okiennej, z której wciąż sterczały resztki szyby – i skoczył.
Skok był dość niefortunny; natychmiast po zetknięciu z ziemią poczuł ostry ból w ramieniu i w klatce piersiowej. Przetoczył się kawałek i znieruchomiał, a pociąg przejechał obok i po chwili widać było tylko jego tylne światła w ciemnościach nocy.
Filemon odetchnął głęboko, lecz oddech ten przerwał jęk – bolały go żebra. Możliwe, że kilka było złamanych. I do tego może jeszcze obojczyk... Filemon nie znał się na tym, był prawie-filologiem, a nie lekarzem. Już miał zacząć rozmyślać nad swoim niewesołym położeniem – znajdował się nie wiadomo gdzie, w samym środku niczego, z połamanymi kośćmi i bez możliwości nawiązania kontaktu ze światem – gdy jego uwagę przykuł jakiś ruchomy punkt na niebie. Punkt powiększał się coraz bardziej, aż w końcu Filemon mógł go zobaczyć bardzo dokładnie. Otworzył usta jak do krzyku, lecz nie wydobył się z nich żaden dźwięk; szok odebrał mu mowę.
Zobaczył, jak naga Amanda z gracją ląduje i zsiada z miotły. Z jej ramion zeskakuje czarny kot i wdrapuje się na brzuch Filemona. Kobieta poprawia naruszoną podczas lotu fryzurę w stylu Marilyn Monroe i z pobłażliwym uśmiechem przygląda się studentowi.
- Odwaga to kolejna z twoich cech, która mi się przyda – powiedziała wesoło. - Chyba rozumiesz, że nie mogę pozwolić ci uciec. Teraz zaśniesz...
- Nie... - próbował coś powiedzieć, jednak głos ponownie uwiązł mu w gardle.
- …i obudzisz się dopiero na Łysej Górze – dokończyła Amanda.
Ostatnią rzeczą, którą Filemon ujrzał, była para jadowicie żółtych oczu.